Niektóre gry zapisały się w historii doskonałością. Inne zabłysły wspaniałą grafiką, rewolucyjnymi pomysłami, grywalnością. A Medal of Honor Allied Assault zapisał się w historii jednym jedynym poziomem - Desantem na Plaży Omaha w Normandii.
Chociaż sława Allied Assault została przyćmiona świetnym Call of Duty, to jednak należy się tej grze szacunek. Po raz pierwszy zasugerowano nam, że wojny nie wygrywa się w pojedynkę. Nasz bohater dostał nazwisko i w niektórych misjach nawet oddział, którego był częścią. A co przez pozostałe etapy? Samotne przedzieranie się przez hordy krwiożerczych Niemców. I ta frustrująca Aleja Snajperów…
Dlaczego o tym pisze? Żeby podkreślić zmiany, jakim uległ pecetowy Medal of Honor. W Pacific Assault nie ma już mowy o grze w pojedynkę. Cały czas towarzyszą nam inni żołnierze. Cześć z nich poznajemy już na szkoleniu w San Diego (i podczas gry mamy wpływ na to czy cała nasza czwórka dożyje końca wojny…). Czasem przemierzamy tereny gry w pięciu, czasem w dziesięciu, czasem bierzemy udział w jakimś nieco większym desancie.

Ale wypadałoby coś więcej rzec o wspomnianych ‘terenach’. Jak wskazuje tytuł przenosimy się na Pacyfik do roku 1942 aby wziąć udział w wojnie między Stanami Zjednoczonymi, a Cesarstwem Japonii. Jak wiadomo konflikt zaczął się od ataku Japończyków na Pearl Harbor - i naszego bohatera, szeregowego (na razie) Toma Conlina również tam nie zabraknie. Potem weźmiemy jeszcze udział w atakach na kolejne japońskie wyspy. Trzeba tu wyróżnić znakomicie przedstawioną powietrzna bitwę nad Lotniskiem Hendersona. Conlin nie bierze w niej czynnego udziału - tylko wspomaga lotnictwo z ziemi, ale i to dopiero po uporaniu się z atakującą japońską piechotą… W każdym razie Lotnisko zostawia piorunujące wrażenie już, kiedy na nie docieramy. Piloci, którzy starają się wystartować, atakujący Japończycy, no i nasz skromny oddział w tym zamęcie…
Potem będziemy mieli jeszcze okazje polatać samolotem (trudny, ale satysfakcjonujący etap) i przeżyć inwazje na wyspę Tarawa. Roboty jest sporo. Nie wspominając o przemierzaniu kilometrów lasów, będziemy też ratować rannych marynarzy na USS West Wirginia (Pearl Harbor), bronić przed rozpaczliwym zmasowanym atakiem tubylców zdobytego lotniska, pilotować wspomniany samolot, przedzierać się przez żółtków na pomoc zestrzelonemu pilotowi,likwidować patrole i pacyfikować całe wioski w dżungli… W ogóle spora część gry to przebijanie się przez otaczającą nas w dżungli gęstość zieleni. Czujemy charakterystyczny klimat niepewności, zwłaszcza, że oponenci potrafią na prawdę pojawić się znikąd.
Japończycy na własnym terenie wiedzą gdzie się schować i jak stworzyć groźna zasadzkę. Raz podczas patrolowania dżungli natknąłem się na leżące w wodzie trupy. Kiedy wraz z oddziałem koło nich przeszliśmy, ‘trupy’ rzuciły się na nas z bagnetami… Albo doskonale zakamuflowani snajperzy na drzewach. Przeciwnicy jak to w życiu potrafią popełnić głupi błąd, ale też nie rzadko ciężko jest ich rozgryźć. A tubylcy maja przecież przewagę liczebną…

Na szczęście nasi chłopcy też radzą sobie w walce całkiem przyzwoicie. W dodatku mogą sobie nawzajem wydawać komendy - gracz też, przy pomocy klawiszy kursorów. Możemy więc nakazać rozpoczęcie ataku, odwrót, zbiórkę lub otwarcie ognia osłaniającego (a jak to brzmi w bojowym zamęcie… Covering fire!!!). Niejednokrotnie takie polecenie odwrotu może ocalić skórę nie jednego żołnierza. W ogóle można powiedzieć, że Pacific Assault rewolucjonizuje ocalanie skóry. Mam tu na myśli obecność medyka. Jak pamiętamy zarówno w MoHAA jak też Call of Duty nasz wojak leczył się zbierając lezące tu i tam apteczki. Było to rozwiązanie oklepane, znane z innych FPS-ów i po prostu wygodne. W nowym MoH autorzy poszli nieco bardziej realistyczną drogą. Otóż, gdy nasz pasek zdrowia dojdzie do zera padamy na ziemie. Umieramy. Obraz i dźwięk rozmywają się, itd. W tym momencie tylko nasz drużynowy medyk może przy pomocy swoich specyfików postawić nas z powrotem na nogi. Jeżeli tylko zdąży….
Moim zdaniem to bardzo dobrze, że pozbyto się leżących na każdym kroku apteczek (teraz znajdziemy je tylko w paru krótkich etapach jak np. dwuosobowy zwiad - wtedy gry po prostu nie ma dostępu do medyka). Teraz jest ciekawiej, no i gra coraz bardziej zbliża się do pokazania wojny jak prawdziwej. Autorzy chcieli nawet odwiedzić w szpitalu umierających i poprosić ich o opisanie wrażeń! Na szczęście ten dziwny pomysł porzucono. (Już widzę aferę w kochanej telewizji - ‘po co producentów gier interesuje umieranie?’, czy coś w tym stylu.)
Jeżeli ktoś uważa, że w dziedzinie wojny na Pacyfiku szkoła nie dostarczyła mu odpowiedniej wiedzy może się przy pomocy MoHPA doedukować. I nie mówię tu o popatrzeniu na własne oczy na zatapianą przez Japończyków flotę USA w Pearl. Wystarczy odpalić opcję ‘ciekawostki’. Dzięki temu podczas gry będziemy dosłownie zasypywani informacjami, ciekawostkami, statystykami czy opisami uzbrojenia, jakie przewinęło się przez konflikt.
Niejeden egzemplarz z tego arsenału przewinie się też przez nasze ręce
Oczywiście cały sprzęt wojskowy jest odwzorowany realistycznie, no ale to przecież oczywiste. Mamy więc Thompsony, BAR-y, japońskie Arisaki i Nambu, Reisingi, Garandy, CKM-y, haubice i nie tylko. Rozwalimy tez kilka czołgów, zestrzelimy spoooro samolotów (oczywiście japońskie Zera), pojeździmy też ciężarówkami i samochodami, czego, jak czego ale szalonej ucieczki autem zabraknąć nie mogło.

Oprawa gry jest imponująca. Jeśli chodzi o dźwięki to jest już raczej tradycja w przypadku Electronic Arts. Takiego giganta stać na dopieszczenie gry. Muzyka naprawdę brzmi jak z filmu wojennego. Głosy postaci tez brzmią właśnie tak jak trzeba, a Japończycy mówią oczywiście po japońsku.
Wygląd też robi wrażenie. Autorzy wykorzystali w cut-scenkach kilka autentycznych filmików nagranych podczas wojny na Pacyfiku. A te są na prawdę świetne. Tommy dzieli się z nami swoimi przemyśleniami (”Trzytygodniowe cuda. Tak nazywaliśmy nowych. Zwykle nie żyli zbyt długo.”). Cut-scenki oddzielają poszczególne misje. W samej grze grafika tez jest znakomita. Wybuchy czy padający żołnierze wyglądają jak w filmie. Możemy np. obserwować latające sobie ptaki. Taka oprawa współtworzy świetny klimat MoHPA, choćby, kiedy próbujemy cało wynieść tyłek z tonącego USS West Wirginia. Kiedy widzimy te wszystkie płonące sprzęty, zadymione pomieszczenia, marynarzy zabitych, rannych i próbujących opanować pożary… Ten etap robi wrażenie.
Albo Krwawa Grań. Dowództwo ma informacje, że Japończycy spróbują odbić Lotnisko Hendersona. Amerykanie tworzą więc kilka linii umocnień. I trzeba się obronić. Stajemy wraz z wieloma innymi Marines przy kaemach i mimo, że kosimy biegnących z dala Japończyków, ich przewaga liczebna pozwala zbliżać się coraz bliżej do naszych stanowisk. W końcu pozostaje z przerażeniem obserwować kończąca się amunicje. Widzimy jak żółtki przedzierają się przez przednie linie oporu, jak giną kolejni obrońcy Grani. W końcu nielicznym żywym pozostaje tylko odwrót przed kolejnymi nacierającymi wrogami…
Bardzo często przyjdzie nam tez zetrzeć się z Japończykiem (lub Japończykami…), oko w oko. I nie mówię tu o kulce w łeb z odległości metra. Bo kiedy kulek w magazynku brakuje wróg naciera z bagnetem i szaleńczym okrzykiem ‘Banzaiiii!’To TEŻ robi wrażenie. A do takich starć dochodzi całkiem często. Radzę tez rozsądnie zużywać amunicję - zwłaszcza, jeżeli mamy jakiś fajny karabin (rządzi tu BAR). Bardzo nieprzyjemnie jest, kiedy nagle w boju amunicja się kończy i walkę trzeba kontynuować z czymś w stylu beznadziejnej Arisaki w dłoni… Oczywiście, co jest już standardem nie ma mowy o noszeniu 10 broni na raz. Tylko karabin + pistolet, ew. 2 karabiny(+ lornetka, granaty i materiały wybuchowe). Nic więcej.
Gra oferuje kilka zróżnicowanych poziomów trudności. I nowicjusz i wojenny weteran znajdzie tu coś dla siebie. Menusy przedstawiono w formie obozu Marines. Często po prostu zostawałem w opcjach tylko po to, żeby posłuchać sobie World News Radio… A w nim muzyka z epoki i informacje ze wszystkich frontów. Brawo za pomysł. W menu przeglądamy także swój zbiór medali i - tu kolejna nowość - pamiątki. Zbieramy je za zadania określane jako ‘bohaterskie czyny’. Nie musimy ich wykonać. Nawet nie musimy o nich wiedzieć! Ja za pierwszym razem odkryłem dwa… A ‘zwykłych’ ukrytych zadań jest sporo i za ich wykonanie otrzymujemy medale i ordery. Np. jeden taki order zdobywamy za bezbłędne strzelanie na szkoleniu. Albo za zestrzelenie Zera zanim dopadnie amerykański samolot. Jest tego sporo. Trzeba rozglądać się uważnie…
Czy Pacific Assault jest gra bezbłędną? W końcu ma kilka świetnych pomysłów, doskonałą grafikę i muzykę, jest grywalna… Ale cholernie krótka! Niby te etapy takie zróżnicowane niby jest ich sporo, ale całość zajęła mi (ze stoperem w ręku) 10,5 godziny. To dla normalnego gracza 3-4 dni. Dla maniaka 2… Czy musze wspominać, że to trochę mało? W tak wspaniałą pozycje jak MoHPA aż chciałoby się popykać tydzień, dwa. W sumie można i tyle, ale powtórne podejście do tego samego levelu to nie to samo. Owszem, takie np. Lotnisko Hendersona z przyjemnością przechodzę do dziś, jednak generalnie uczucie pustki pozostaje…
O ile sam pomysł krwawienia, umierania i leczenia jest świetny, i zapewne powielą go kolejne fps-y, to jednak pojawia się tu pewien zgrzyt. Otóż nasi żołnierze stają się nieśmiertelni! Zdarza się, że na misje wychodzimy w dziesięciu, a wracamy w piątkę. Bo kilku naszych stałych kolegów (i jeśli jest - dowódca) po zastrzeleniu pada na ziemie i czeka na pomoc. A reszta? Kulka w łeb i nie żyją. Dochodzi czasem do paradoksalnej sytuacji, kiedy cała drużyna niby-ginie, po czym medyk leczy najpierw sam siebie a potem kolejnych członków ekipy po kolei… Nie jest to zbyt realistyczne rozwiązanie. Podobnie jak to, że niektórzy przeciwnicy są w stanie przeżyć serie z kaemu.
Na szczęście takie drobne bugi nie są w stanie zepsuć obrazu ZNAKOMITEJ gry, jaką jest Medal of Honor Pacific Assault. Naprawdę warto samemu wcielić się w Tommy’ego, zwłaszcza, że raczej ciężko wymienić innego fps-a traktującego o konflikcie USA z Japonią. Warto choćby zwiedzić Pearl Harbor - wysiadają i Omaha Beach i Stalingrad - a przecież po Pearl zobaczymy jeszcze Henderson Field i D-Day na Tarawie. Strzeżcie się pułapek w dżungli…
Ocena 9.2
+ piękna grafika, cut-scenki
+ monumentalna oprawa dźwiękowa
+ rozmach, klimat i emocje (banzaiii!!!!)
+ medycy, dobijanie/ratowanie rannych
+ ukryte misje, medale i pamiątki
+ działania zespołowe, system komend
- gra jest za krótka!
- misja lotnicza jest w sumie nużąca
- chwilami niekonsekwentne dążenie do pełnego realizmu